Własny biznes

Ciemna strona freelancingu

Jeżeli czytacie mojego bloga regularnie, to na pewno zdążyliście już zauważyć, że bardzo sobie chwalę „życie na frilansie”, a założenie działalności gospodarczej było w moim przypadku w pełni świadomą decyzją. Mimo, że nie wyobrażam sobie w tej chwili pracy na etacie, to pewne aspekty prowadzenia jednoosobowej działalności co pewien czas mniej lub bardziej mi doskwierają. Dzisiejszy wpis będzie właśnie o tej mniej różowej stronie pracy freelancera, o której głośno się nie mówi, a którą z pewnością doskonale zna każdy lektor, który pracuje na własny rachunek.

Przeglądając niektóre fora dyskusyjne czy ulubione blogi, odniosłam ostatnio wrażenie, że jest to coraz bardziej popularna forma zatrudnienia i z każdym rokiem zyskuje coraz więcej sympatyków. Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu posiadanie działalności gospodarczej było czymś delikatnie mówiąc niezrozumiałym, zwłaszcza dla zapalonych etatowców, którzy nie potrafili pojąć jak można dobrowolnie rezygnować ze świadczeń oraz stabilizacji, jakie zapewnia umowa o pracę. Ostatnio natomiast zauważyłam, że trend ten wyraźnie się zmienił, a posiadanie własnej działalności stało się…modne. Opowieści o tym, jak freelancer zaczyna swój dzień od zdjęcia na Instagramie z kubkiem ulubionej kawy w stylowej kawiarni, a później jest już tylko lepiej, nieustannie krążą po sieci. Ile w nich prawdy? No niestety mniej niż się Wam wydaje, a przynajmniej jeśli chodzi o moje trenerskie doświadczenie;)

Poniżej znajdziecie listę rzeczy, które najczęściej mnie wkurzają jeśli chodzi o styl pracy, który wybrałam. Czy myślę czasem, aby przejść na etat? Czy żałuję swojej decyzji? Absolutnie nie! Czasem jednak (zwłaszcza, gdy mam gorszy dzień) trudno mi się oprzeć wrażeniu, że freelancer po prostu trochę częściej ma „pod górę”…

Za dużo lub za mało pracy

Równowaga pomiędzy przepracowaniem a niewystarczającą ilością godzin spędza mi czasem sen z powiek. Zwykle mój grafik jest wyjątkowo harmonijny i nie narzekam ani na brak zajęć, ani na ilość czasu wolnego. Zdarzają się jednak takie okresy w roku (zwłaszcza miesiące wakacyjne), kiedy zajęcia regularnie odwołuje mniej więcej 30% kursantów, a czasem i więcej.

Po tylu latach jestem już do tego przyzwyczajona i z grubsza przygotowana psychicznie (i finansowo) na „chudszy” lipiec i sierpień. Mimo wszystko jednak nie lubię długich przerw w pracy ze słuchaczem – powrót po kilku tygodniach urlopu jest ciężki nie tylko dla ucznia, ale również i dla mnie;) Czasem mija kilka ładnych tygodni zanim uda się wrócić z przerabianym materiałem do tego momentu, w którym się skończyło.

Aspołeczne godziny pracy

Pracując w trybie poranno – wieczornym z wielką dziurą w środku dnia mogę zapomnieć o spotkaniach towarzyskich w tygodniu. Najczęściej kończę pracę o 19 lub 20, a mając w perspektywie pobudkę o 6 po prostu nie wyobrażam sobie wyjścia na miasto po zajęciach. Wyjątek stanowią piątki, ale też dość sporadycznie. Kiedy po całym tygodniu pracy dopada mnie zmęczenie, to marzę tylko o swojej kanapie, kubku ulubionej herbaty i jakimś serialu na Netflixie.

Kiedyś regularnie odrzucałam wszelkie propozycje spotkań w ciągu tygodnia – dziś nikt mi ich już nawet nie proponuje;) Na szczęście są jeszcze weekendy, których wyjątkowo pilnuję i staram spędzać z dala od komputera na bardzo nie-lektorskich aktywnościach.

Podziurawiony dzień

Czasem wystarczy, że zajęcia odwoła lub przełoży jedna osoba, a cały mój misternie ułożony plan dnia potrafi natychmiast legnąć w gruzach. Kiedyś takie sytuacje wyjątkowo mnie irytowały, bo jakoś nie potrafiłam efektywnie zorganizować sobie nagle wygospodarowanego czasu. Na szczęście znalazłam na to sposób.

Teraz podczas przymusowych okienek zajmuję się blogiem oraz fanpagem – piszę nowe wpisy, szukam inspiracji do postów na Facebooku, odpisuję na wiadomości itd. Dzięki temu mam poczucie, że czas ten nie jest stracony.

Nieterminowe płatności

Klasyk. Chociaż teraz zdarza mi się to raczej rzadko, to bywały sytuacje, kiedy uczniowie notorycznie spóźniali się z opłatami mimo wyraźnego zapisu w regulaminie. Pół biedy, kiedy dotyczy to jednej, góra dwóch osób. Problem pojawia się, kiedy takich zapominalskich jest więcej, a ja nie mogę zrealizować przez to innych niecierpiących zwłoki płatności.

Mimo, że w każdym miesiącu liczę się z opóźnieniami, to za każdym razem czuję się niekomfortowo, kiedy faktycznie muszę przypomnieć o jakichś zaległościach.

Nieregularne dochody

Każdy miesiąc to inna kwota. Bywa, że rozbieżności między okresami są spore, co naprawdę przeszkadza w planowaniu wydatków. Nigdy nie wiem ile finalnie zarobię w danym miesiącu– wszystko zależy od ilości godzin, odwołań, dni wolnych – za każdym razem jest to inna liczba.

Mimo wszystko staram się trzymać rękę na pulsie, a ratują mnie tabelki w Excelu, dzięki którym widzę czarno na białym jak kształtują się moje zarobki z  miesiąca na miesiąc.

Myślenie o pracy 24/7

Wrócić do domu i nie myśleć o pracy? To mi się nigdy nie zdarza:) W pracy jestem non stop – od kiedy wstanę do momentu, kiedy zamknę komputer przed pójściem spać. Zawsze jest coś do zrobienia: lekcja do przygotowania, materiały do opracowania i wydrukowania, mejle słuchaczy z pracą domową do sprawdzenia.

Mimo, że w ciągu kilku lat uczenia zgromadziłam arsenał materiałów, podręczniki znam na pamięć, a mój YouTube codziennie proponuje mi nowe materiały autentyczne do opracowania i przygotowanie do zajęć nie stanowi najmniejszego problemu, to często z braku alternatywy lekcje układam późnym wieczorem, po pracy, jedną nogą w łóżku.

Nie mam już wtedy czasu na tak potrzebne każdemu nauczycielowi „odcięcie się”, obejrzenie czegoś czy zrelaksowanie się przy dobrej książce.

Nie pracuję – nie zarabiam

Mimo, że teoretycznie mogę sobie zrobić wolne kiedy mi się podoba i nikogo nie pytać o pozwolenie, to w praktyce zdarza się to bardzo rzadko, bo każda godzina w mojej pracy jest na wagę złota. Liczba wolnych dni, jaką wykorzystuję w ciągu roku jest pewnie zbliżona lub nawet mniejsza niż przeciętnego etatowca. Swój urlop planuję z bardzo dużym wyprzedzeniem głównie dlatego, aby móc się do niego finansowo przygotować.

Dwutygodniowy wyjazd, podczas którego nie pracuję i de facto nie zarabiam, z oczywistych powodów łatwo może nadszarpnąć budżet. Płatny urlop to chyba jedyny aspekt pracy na etat, którego naprawdę mi brakuje.

Koszty (lub i ich brak)

Nie wiem jak to jest u Was, ale ja nawet po tylu latach płacenia dużego ZUS-u cierpię za każdym razem, kiedy muszę przelać moje ciężko zarobione 1000 zł z hakiem. Ta kwota była i jest dla mnie wysoka niezależnie od tego, ile zarobię w danym miesiącu.

Być może działa tu trochę aspekt psychologiczny – samemu robiąc wszystkie opłaty widzę jak pieniądze fizycznie znikają mi z konta, podczas gdy etatowcy dostają pensję netto i prawdopodobnie nie myślą o tym, co zostało od niej odliczone wcześniej.

Kolejnym kosztem, z którym borykam się jako przedsiębiorca jest PIT płatny do 20-tego każdego miesiąca. Kto prowadzi swoją działalność już jakiś czas, ten wie jak istotne jest wrzucanie wydatków w koszty firmy i jak bardzo pomaga to obniżyć podatek dochodowy. Sęk w tym, że te wydatki często ciężko znaleźć, zwłaszcza w przypadku jednoosobowych działalności, takich jak moja, które same w sobie generują małe koszty. W rezultacie ogólne koszty prowadzenia działalności są dosyć spore, biorąc pod uwagę jeszcze te dodatkowe jak np. usługi biura księgowego.

Tak czy inaczej, przed podjęciem decyzji o „przejściu na swoje” warto zdawać sobie sprawę ze wszystkich obciążeń finansowych, jakie się z tym wiążą.

Szerzej na ten temat pisałam w tym wpisie, do którego odsyłam wszystkich tych, którzy noszą się z zamiarem założenia działalności, a jeszcze nie podjęli decyzji.

No to sobie ponarzekałam – od czasu do czasu chyba każdy ma na to ochotę;) Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam swój styl pracy niezależnie od wszystkiego i nie zamieniłabym go na nic innego. Praca na własny rachunek to jednak nie tylko wolność i brak stojącego nad głową szefa, ale sposób na życie, który od czasu do czasu potrafi pokazać też swoją ciemniejszą stronę. Najważniejsze to zdawać sobie z niej sprawę, a jednocześnie czerpać przyjemność ze wszystkich pozostałych zalet pracy freelance.

Jestem bardzo ciekawa, jakie są wasze doświadczenia z pracą na własny rachunek. Czy zgadzacie się z którymś z punktów powyżej? A może dopisalibyście coś do tej listy? Będzie mi bardzo miło jeśli podzielicie się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach na dole:)